Młodych kobiet w Indiach

Buncie krocz z nami, czyli uniwersytet w New Delhi, który ruszy z posad bryłę świata.

2016.08.11 14:48 ben13022 Buncie krocz z nami, czyli uniwersytet w New Delhi, który ruszy z posad bryłę świata.

Podobno ducha roku 1968 nie da się wskrzesić. Bo młodym Amerykanom nie w głowie wolna miłość i pacyfizm, kiedy trzeba złapać fuchę w Dolinie Krzemowej, by spłacić stutysięczny kredyt, bo młodzi Włosi nie zbuntują się, żeby nie stracić synekury po tacie, bo młodzi Polacy nie mają siły na bunt między śmieciówką w sieciowej kafejce i kolejnym bezpłatnym stażem. A ja spotkałam studentów, którym nie jest wszystko jedno. Uniwersytet Jawaharlala Nehru w New Delhi to coś więcej niż ceniona wyższa uczelnia, więcej niż kuźnia kadr i więcej niż trampolina do kariery. To instytucja polityczna, można rzec - czwarty filar indyjskiej demokracji. JNU jak soczewka skupia wszystko, czym w danym momencie żyją Indie. A to, co dzieje się na kampusie, potrafi rozlać się na cały kraj.
Uniwersytet, który nigdy nie śpi
Noc z 4 na 5 marca. Na głównym placu na kampusie JNU nieprzebrany tłum młodych ludzi. Zgromadzenia, które ściągają setki studentów, to tutaj żadna nowość, ale to jest szczególne. Wszędzie wozy transmisyjne ogólnokrajowych telewizji, kamery, prasa. Podniecenie i poruszenie są tak silne, że powietrze aż tężeje. W wielkim ścisku wszyscy chłoną słowa przemawiającego studenta.
Zresztą cokolwiek by Kumar teraz powiedział, i tak porwałby tłum. Chwilę wcześniej wyszedł z więzienia. Wsadzili go za mowę, którą dwa tygodnie wcześniej wygłosił w tym samym miejscu.
Kumar to nie byle kto, ale szef JNUSU, samorządu studentów JNU.
Cztery lata temu, obserwując wybory na tej uczelni, miałam wrażenie, że w Polsce nawet kampania prezydencka nie budzi takich emocji. Poprzedzająca głosowanie burzliwa debata kandydatów na przewodniczącego, rozpoczęta wieczorem, trwała aż do rana. Były bębny, tamburyny, muzyka, studenci jak w transie, kolejne przemowy, pytania, przemowy, pytania. Wybory relacjonowały ogólnokrajowe telewizje, na kampus przyjechali czołowi indyjscy politycy.
Aresztowanie szefa JNUSU to jak podłożenie ognia pod skład materiałów wybuchowych.
Socjaliści dobijają do przystani
Gdziekolwiek w Indiach wspominałam, że jestem studentką JNU, natychmiast słyszałam: gratuluję, wyrazy uznania! I nawet nie chodziło o to, że uczelnia regularnie zajmuje czołowe miejsca w rankingach najlepszych indyjskich uniwersytetów. Raczej o to, że jest matecznikiem niepokornych aktywistów, z których wielu zostaje politycznymi liderami, jak Prakash Karat, jeden z czołowych indyjskich komunistów.
No właśnie, bo JNU to uczelnia nie do końca neutralna światopoglądowo.
Nazwany imieniem pierwszego premiera Indii uniwersytet został założony z inicjatywy wybitnego indyjskiego prawnika i dyplomaty M.C. Changli w 1969 roku. Był to czas, kiedy premier Indira Gandhi wcielała w życie program śmiałych reform socjalistycznych. Nic więc dziwnego, że większość wykładowców - skądinąd wybitnych specjalistów - stanowili nie tylko mocno lewicujący liberałowie, ale przede wszystkim socjaliści, a nawet zwolennicy marksizmu-leninizmu.
Indira Gandhi chciała, by stworzyli "przystań dla intelektualistów", w której dyskusja i dialog będą skutecznie przeciwdziałać lewicowym i prawicowym radykalizmom. JNU rzeczywiście stał się kuźnią elit, jednak walka ze skrajnościami nie do końca się udała - uczelnia, która skupia blisko 8,5 tys. studentów na 14 wydziałach, pozostaje silnie lewicowa.
Działalność wywrotowa wciąż na czasie
Problemy Kumara zaczęły się 9 lutego, kiedy na kampusie JNU zorganizowano wiec dla upamiętnienia trzeciej rocznicy egzekucji Afzala Guru - Kaszmirczyka skazanego na śmierć za atak na indyjski parlament w 2001 roku, w wyniku którego zginęło 14 osób (w tym pięciu napastników). Oparty na sfabrykowanych dowodach i motywowany politycznie wyrok do dziś budzi ogromne emocje, podobnie jak sprawa Kaszmiru. Uczelniana manifestacja miała być protestem przeciwko nadużyciom władzy i jednocześnie aktem solidarności z walką Kaszmirczyków o prawo do samostanowienia.
Tuż przed rozpoczęciem władze uczelni, na wniosek ABVP, Rady Studentów Indii, skrajnie nacjonalistycznej organizacji studenckiej, wycofały zgodę na zgromadzenie.
Organizatorzy uznali, że to cenzura i niedopuszczalne ograniczanie wolności. Spotkania nie odwołali, a Kanhaiya Kumara wygłosił przemówienie, w którym zaatakował ABVP, indyjski rząd oraz radykalne prawicowe ugrupowanie RSS (Rashtriya Swayamsevak Sangh, Narodowe Zgromadzenie Ochotników).
Władze oskarżyły Kumara o "antyindyjskie poglądy". Jeden z deputowanych rządzącej BJP, Indyjskiej Partii Ludowej, stwierdził nawet, że uniwersytet powinien zostać zamknięty na co najmniej cztery miesiące, żeby policja mogła przeszukać akademiki, a otwarta dopiero gdy wszyscy studenci podpiszą oświadczenie, że popierają konstytucję Indii.
Niespełna trzy dni później za zgodą władz uczelni na kampus JNU wkroczyli policjanci. Podstawą do aresztowania Kumara była niesławna sekcja 124A Indyjskiego Kodeksu Karnego - ta sama, na mocy której Brytyjczycy uwięzili Mahatmę Gandhiego. Przepis stwierdza, że za działalność wywrotową - a za taką uznano przemówienie szefa JNUSU - grozi dożywocie.
Orhan Pamuk na barykadzie
Interwencja policji rozpętało piekło. Studenci ogłosili bojkot wykładów i rozpoczęli masowe protesty. Na kampus przyjechali najważniejsi politycy opozycji, by przemawiać pod wielkimi plakatami z podobizną Kumara, które zawisły na ścianach akademickich budynków. Wzniesiono barykady, a profesorowie JNU formowali żywe łańcuchy, żeby oddzielić od siebie grupy najbardziej radykalnych przeciwników i zwolenników aresztowania Kumara.
Protesty momentalnie rozlały się na uniwersytety w całym kraju, wkrótce potem na ulice Delhi (w obronie Kumara przez centrum stolicy przemaszerowało 10 tys. osób) i innych miast. Doszło do starć z policją, w Kalkucie spalono kukłę premiera Modiego.
Sprawa nabrała światowego rozgłosu. Pod dwoma listami solidarności z JNU łącznie podpisało się blisko 600 osób, w tym słynny myśliciel Noam Chomsky, wpływowa filozofka Judith Butler i turecki pisarz noblista Orhan Pamuk oraz akademicy z czołowych światowych uczelni, od Sorbony przez Oksford i Stanford po Princeton. - To aresztowanie jest dowodem na głęboko autorytarną naturę obecnego rządu, którego działania stanowią zaprzeczenie indyjskiej tradycji tolerancji i pluralizmu i przywodzą na myśl mroczne czasy opresyjnego kolonializmu oraz okres tuż po wprowadzeniu stanu wyjątkowego w połowie lat 70. - stwierdzili sygnatariusze.
Do uwolnienia Kumara i wycofania zarzutów wezwała też Amnesty International India oraz inne organizacje broniące praw człowieka.
Polityka sięga po religię
Lewicowy, niepokorny JNU od dawna jest solą w oku premiera Modiego i jego prawicowej, nacjonalistycznej BJP. - Ten incydent był dobrym pretekstem, by wreszcie rozprawić się z uczelnią. Tym lepszy, że Kumar zaatakował RSS - tłumaczy mi Rajeev, jeden z doktorantów.
RSS to nacjonalistyczni radykałowie. Ich lider Mohan Bhagwat grzmi na wiecach, że Indie są państwem hinduistycznym. W oficjalnie świeckim kraju, w którym mniejszości religijne stanowią około 20 proc. społeczeństwa - co w liczącym 1,2 mld ludzi państwie oznacza 240 mln osób - a tarcia między nimi łatwo przeradzają się w krwawe pogromy, to retoryka nad wyraz niebezpieczna.
Modi sam za młodych lat politycznej ogłady nabierał w szeregach RSS. Potem stanął na czele bliskiej jej ideologicznie BJP. Kiedy w latach 2001-14 był premierem stanu Gudżarat, zasłynął z ostrych prohinduistycznych przemówień. Wielu obarcza go współodpowiedzialnością za rzeź muzułmanów, do jakiej doszło w Gudżaracie w 2002 roku - wtedy policja biernie obserwowała, jak hindusi wyrzynali muzułmanów w odwecie za podpalenie pociągu pełnego hindusów, w którym żywcem spłonęło 58 osób.
Zginęło ponad tysiąc osób, 150 tysięcy, szukając ratunku, opuściło swoje domy.
Od kiedy w maju 2014 r. BJP w cuglach wygrała wybory parlamentarne, a Modi został premierem, radykalni hinduiści nasilili działania. Mnożą się ataki na kościoły i meczety, narasta problem tzw. ghar wapsi - masowych konwersji na hinduizm, do których zmuszani są chrześcijanie i muzułmanie.
Strajk głodowy z antylopą
JNU nie będzie jednak dla BJP łatwym przeciwnikiem. Studenci tej uczelni to wojujący aktywiści, którym nie przeszkadza ani to, że na kwaterę o wymiarach 2 na 3 metry muszą czekać nawet dwa lata, ani to, że w grudniowe noce temperatura w nieogrzewanych akademikach spada do zera, ani że drogę na zajęcia potrafi zablokować stado antylop nilgau - bo teren JNU z bujną fauną i florą jest częścią rezerwatu biosfery Aravalli.
Większość budynków na ogromnym kampusie - 4 kilometry kwadratowe! - pokrywają wielkoformatowe plakaty i graffiti wzywające do walki z imperializmem, kapitalizmem, systemem kastowym. Postulaty są niezliczone. Nikt się nie dziwi, kiedy wykład przerywa jakiś student z ulotkami, na przykład o seminarium z okazji rocznicy wybuchu rewolucji październikowej, lub z manifestem. Prowadzący wyraża zgodę i przemowa zostaje wygłoszona. O ile w ogóle wykład się odbywa, bo akurat studenci mogą okupować budynek w ramach wielodniowego strajku głodowego.
O co walczą? O zniesienie kary śmierci, ukrócenie wszechwładzy indyjskiej armii i to, żeby najubożsi studenci byli zwolnieni z opłat za stołówkę. Żeby w formularzach rejestracyjnych JNU było więcej opcji płci niż tylko męska i żeńska, o prawa robotników zakładów Maruti Suzuki, żeby sprzątaczkom akademików płacono w terminie albo o przywrócenie na uczelnię studentów zawieszonych za działalność polityczną. Ramię w ramię działają kobiety i mężczyźni, studenci z wyższych i najniższy kast, zamożni i najbiedniejsi - co w Indiach można uznać za ewenement.
Manifestacje na JNU potrafią być katalizatorem zmian. Tak było choćby w grudniu 2012 roku, kiedy studenci w reakcji na sadystyczny gwałt protestowali przeciwko ignorowaniu przez indyjskie władze problemu przemocy seksualnej wobec kobiet.
23-letnia Jyoti Singh wracała z chłopakiem z kina w Delhi. W autobusie, którym jechali, zgwałciło ją sześciu mężczyzn - tak brutalnie, że lekarze mimo dwutygodniowej walki nie zdołali jej uratować. Studenci JNU protestowali codziennie przez kilka tygodni, a na przystanek, na którym Jyoti wsiadła do autobusu, przynosili setki kwiatów, laurek i świec. Razem z nimi na ulice indyjskich miast wyszły tysiące ludzi, a o istniejącym od dziesięcioleci problemie Indii zaczął mówić cały świat.
Masowe manifestacje doprowadziły do ukarania sprawców - czterech z nich dostało wyroki śmierci, nieletni trzy lata w poprawczaku, a jeden powiesił się w więzieniu - zaostrzenia kar za gwałty oraz powołania sześciu specjalnych sądów mających sprawnie rozpatrywać sprawy przemocy seksualnej wobec kobiet. A co ważniejsze: przełamały tabu, dzięki czemu więcej kobiet zgłasza gwałt na policję. Z perspektywy europejskiej powiedzielibyśmy, że zmieniło się niewiele, ale dla Indii to milowy krok.
Niepewność z podniesioną głową
Atak na JNU może odbić się rządzącym czkawką. Za sprawą studentów z New Delhi prowadzona dotąd głównie przez elity dyskusja o niepokojącym kierunku, który obierają Indie pod rządami nacjonalistów, z całą mocą wybrzmiewa nie tylko w kraju, ale i za granicą. O sprawie donosiły najważniejsze światowe media, od brytyjskiego "Guardiana" po katarską Al-Dżazirę.
Mimo że sam premier Modi nie skomentował aresztowania Kumara, to właśnie na nim skupił się ogień krytyki. "Biorąc pod uwagę, że JNU to znak jakości i marka w sama w sobie, poddawanie tej uczelni presji niczym nie różni się od represjonowania Sorbony czy London School of Economics. To news dla najważniejszych światowych mediów, który może przyprawić rząd o potężny ból głowy" - podsumował indyjski dziennik "Hindustan Times".
Hindusi prześcigają się w teoriach, co rządzący chcieli osiągnąć, atakując JNU. Czy to próba odwrócenia uwagi od rozpoczynającej się w parlamencie debaty nad budżetem? A może zapowiedź zaostrzania kursu przed kwietniowymi wyborami samorządowymi? Czy fala krytyki, która spadła teraz na rząd, doda wiatru w żagle opozycji, wciąż przeraźliwie słabej i nieefektywnej?
Pewne jest, że sprawa posłuży jako narzędzie politycznej mobilizacji, za czym prawdopodobnie pójdzie dalsza polaryzacja społeczeństwa. 7 marca na wiecu w stanie Assam przedstawiciele BJP czynili wyraźne aluzje do wydarzeń na JNU, zapowiadając, że nadchodzące wybory będą w istocie wyborem między nacjonalistami - czytaj: broniącej narodu i konstytucji BJP - a antynacjonalistami, czytaj: partiami opozycyjnymi, których przedstawiciele poparli Kumara.
Pewne jest również to, że wydarzenia na JNU będą miały ciąg dalszy.
Kumar na wiecu zwołanym tuż po tym, gdy sąd zwolnił go za kaucją (a władze uczelni przywróciły mu prawa studenta), zapowiedział, że JNU nigdy się nie ugnie, a swoją walkę zamierza kontynuować z podniesioną głową.
A będzie co kontynuować - na studenckim przywódcy wciąż ciąży zarzut działalności wywrotowej, za pół roku ma stawić się na przesłuchanie, zaś jego koledzy Umar Khalid i Anirban Bhattacharya, którzy jako główni organizatorzy zgromadzenia sami zgłosili się na policję, oczekują na proces.
Buntownicy z New Delhi na pewno o tym nie zapomną.
źródło: http://wyborcza.pl/magazyn/1,151484,19853335,buncie-krocz-z-nami-ruszymy-z-posad-bryle-indii.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]